piątek, 20 kwietnia 2012

w ogrodzie


dziś dzień spędziłam pracowicie. pogoda była genialna. pojawiły się maleńkie rzodkieweczki i to ucieszyło mnie ogromnie :) reszta jak na razie nie rośnie. przynajmniej nie widać. postanowiłam więc wybudować hotel dla robaczków. jak widać na załączonym obrazku jest trzy piętrowy : na poziomie pierwszym znajduje się kora, na drugim pale drewna, (które podkradłam Niedźwiadowi z pod kominka, a na trzecim szyszki.  i tu zaangażowałam dzieci, choć mocno się opierały :))))
Lenka była dziś wyjątkowo grzeczna dlatego mogłam coś zrobić.




dlatego postanowiłam wziąć się za dom. to będzie nasza sypialnia. zdarłam dziś stare tapety i będę myła ściany. ile jestem w stanie zrobić tyle robię. znowu jestem sama i nic nierobienie doprowadza mnie do szału. mam nadzieję, ze chociaż trochę pomogę.
kuchnia

główne wejście do domu

wejście do spiżarki

a tak będzie wyglądała kuchnia. ścianę rozbierał Marcin. ja tylko trochę pomagałam ;)

czwartek, 19 kwietnia 2012

co prawda czosnek sadzi się w listopadzie, ale nie wiedziałam i posadziłam dzisiaj. mam tylko nadzieję, że na wiosnę też się przyjmie i wyrośnie piękny, pachnący i zdrowy. zamówiłam też sadzonki pigwy, jagody kamczackiej i jagody goji. podobno bardzo zdrowe owoce, pięknie wyglądające kwiaty i nie wymagające w uprawie, czyli w sam raz dla mnie. i wyrosły mi już rzodkiewki, pojawił się również groszek. uwielbiam wiosnę :)
a dziś rano jeździł po naszej wsi lekarz weterynarz i szczepił zwierzęta. nasz Whisky został zaszczepiony, a Garfield zwiał.  może następnym razem.

środa, 18 kwietnia 2012

remont domu rozpoczęty!!!

blog trochę się zmienił graficznie, ale niewiele. robiąc wiosenne porządki pomyślałam również o moim "pamiętniczku" ;)
siedzę znowu sama. Niedźwiad wyjechał do Poznania już wczoraj i wróci dopiero w niedzielę. męczy mnie samotność. Matylda z Tymonem w szkole i tylko Lena jest ze mną. za dwa tygodnie kończy swój pierwszy roczek więc póki co nie możemy sobie posiedzieć i pogadać. Do tego popsuła mi się maszyna do szycia i dopadło mnie jakieś niechciejstwo. leń. zwyczajny dół. mam nadzieję, ze minie szybciej niż mnie dopadł.
a poza tym wzięłam się za remont domu. rozbijam ściany, zdejmuję stare deski podłogowe, myję ściany żeby następnie dostać się do tynku... uwielbiam to robić. i liczę na to, że święta Bożego Narodzenia spędzimy w nowym domu. tylko nie zawsze Lena mi pozwala, a do tego jest bardzo zimno.

piątek, 13 kwietnia 2012

wreszcie znalezione hasła do bloga, dadzą mi możliwość nadrobienia zaległości. nareszcie. a tyle do opisania.

wtorek, 17 stycznia 2012

z tęsknotą za wiosną...

tęsknię za wiosną. zima chyba jest właśnie po to, żeby móc czekać na wiosnę. żeby planować, a później wraz z ciepłymi dniami te plany realizować. ja już w wyobraźni siedzę w ogródku, konstruuję hotele dla owadów, szykuję grządki pod uprawę warzyw i ziół, grabię, pielę.... uwielbiam siedzieć w ogrodzie. to potwornie mnie odpręża i relaksuje. mam też nadzieję, że ruszymy z remontem domu, a to cieszy mnie najbardziej. tak bardzo chciałabym dożyć tam wspólnych, pachnących świąt, chciałabym widzieć biegającą tam Lenkę, cieszyć się radością dzieci z ich własnych pokoików, które już dziś zaczynam dekorować. widzę mnie i Marcina krzątających się razem w kuchni, naszej pięknej i wymarzonej... chciałabym odejść, wiedząc, że oni dadzą sobie radę, że są szczęśliwi i nie stanie się im krzywda. tylko o tym marzę.

środa, 4 stycznia 2012

rok urlopu, wyłączenia się z życia... wystarczy. pora wracać

i zabrać się do pracy. mam jakąś energię w sobie. chęci do działania.
bardzo mało śpię. zasypiam około 3.00 - 4.00 rano. czasem siedzę do 6.00. wstaję około 8.00 - 9.00. bolą mnie co prawda oczy, ale szybko dochodzę do siebie. muszę zrobić coś pożytecznego z tym czasem.
zaczęłam myśleć nad powrotem do biżuterii srebrnej.

piątek, 30 grudnia 2011

urodzinowo

taki sobie upiekłam tort. na swoje 34 urodziny, które miałam właśnie kilka dni temu. spędxziłam je ze swoimi najbliższymi, czyli mężem i dziećmi. tort smakował, było odśpiewane sto lat! i życzenia. rodzinnie, tak jak lubię najbardziej.
aha! no i tortu już nie ma ;)

poniedziałek, 26 grudnia 2011

bardzo światecznie

moja królewienka rośnie jak na drożdżach ;) waży już ponad 6 kg, jest zdrowa i piękna. właśnie przebił jej się pierwszy ząb. taki dla nas prezent na św.Mikołaja.
a całe święta minęły jak co roku, przy stole. ale kocham ten czas. rodzinny, ciepły i taki tajemniczy. pachnący pomarańczami i kolorowymi mufinkami :) czekam teraz na kolejne święta, mam nadzieję, ze zasiądę do stołu z moją cudowną rodziną.

piątek, 4 listopada 2011

krasnoluda

powstała dziś. krasnoluda. w świątecznej sukience z 24 kieszonkami na małe podarunki. każdego dnia, zaczynając od 1.12. będzie miała coś miłego dla dzieci.
powstały również karteczki świąteczne, dodawane do prezentów. i w domu zrobiło się świątecznie. lubię ten stan. zwłaszcza teraz.

piątek, 14 października 2011

dziś po raz pierwszy zostawiłam Lenkę w domu z tatą i rodzeństwem i wyszłam z domu. pojechałam do Łodzi do lekarza. nie było mnie pięć godzin. po powrocie upiekłam tort. chyba chciałam usprawiedliwić w ten sposób swoją nieobecność.
nie umiem bez niej żyć.
ale czuję, że powoli staję na nogi. mam swój mały sens życia i to jest cudowne. jestem szczęśliwa. nauczyłam się wreszcie cieszyć po prostu.

sobota, 20 sierpnia 2011

urodziny Tymona

dziś odbyły się dziewiąte urodziny Tymona. był tort i mnóstwo muffinek i ciasteczek. między innymi te czekoladowe spękane ze zdjęcia. z rodziny przyjechała tylko babcia. dziadek nie miał czasu, ciocia jest obrażona, chrzestni rodzice też się obrazili, drudzy dziadkowie też są obrażeni, a wszystko odbija się na dzieciach. jakież to dorosłe i dojrzałe. Tymonowi było chyba trochę przykro, ale koledzy nie zawiedli. przyszli, dobrze się bawili i wszystko im bardzo smakowało.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

ciasteczka maślane

to najlepszy dzień na przygotowanie maślanych ciasteczek. uwielbiam je. moje dzieci również. na pewno znikną w mgnieniu oka. szybo się je przyrządza i jeszcze szybciej konsumuje ;)

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

wszyscy razem w domu

lenka skończyła trzy miesiące. jest cudowna, zdrowa, bardzo ruchliwa i wesoła. jesteśmy szczęśliwi. teraz czeka nas remont domu.
jest dobrze.

sobota, 25 czerwca 2011

wszyscy razem w domu

znowu problem z internetem, ale tym razem rozwiązany na dobre. a od wtorku, czyli od 21 czerwca jesteśmy całą piątka w domu. Lena osiągnęła 2000g i ponieważ była zdrowa, została wypisana do domu, sprawiając nam tym samym mnóstwo radości. zawładnęła już całym domem i od pierwszych chwil rządzi!!! niech jej będzie, jestem szczęśliwa, że jest, że jest zdrowa i nie mam zamiaru stawiać jej jakiegokolwiek oporu. rozpieszczę ją za wszystkie czasy. dała mi wielka chęć do życia, dzięki niej jestem. nie chcę tego zmarnować.

piątek, 3 czerwca 2011

mój krasnoludek :)

miałam chwilowy problem z internetem i dlatego mnie nie było. przepraszam. już wszystko w porządku, a od tego czasu Lenka przytyła do 1460 g. taka jestem szczęśliwa, ze nie umiem nawet ubrać tego w słowa. już niebawem będziemy w domu :)

sobota, 21 maja 2011

1200 g. jesteśmy już tak blisko wyjścia. dziś dowiedziałam sie, ze jak osiągnie 1500 g to przejdzie na salę przejściową. wyjdzie z intensywnej terapii i z inkubatora. tak się cieszę.
wczoraj kupiłyśmy z Tysią łóżeczko i dzisiaj je złożyłyśmy. w poniedziałek powinien przyjść wózek. już prawie wszystko mamy. tylko Lenki brak...

piątek, 20 maja 2011

poniedziałek, 16 maja 2011

i znowu 1070 g. Lenka jest bardzo słaba. bardzo się o nią boję. no i okazało się, że mogę spróbować z karmieniem. tyle że pokarm mi zanika. doję się, ale kapie jak krew z nosa. mam nadzieję, że wróci.
a dziś kangurowałam moją księżniczkę, i przewinęłam jej pieluszkę. ale było super :D

tęsknię

znowu spadek z 1070g na 1060g. dziś jeszcze nie byliśmy w szpitalu. mają jej robić dzisiaj badania, więc pójdziemy później, żeby były już wyniki, będziemy wtedy coś wiedzieć. wyglądała pięknie. była uśmiechnięta i przewracała oczkami, udając ze na nas patrzy. nie myślałam, że tak można kochać swoje dziecko. Tysie i Tymona kocham inaczej. tak jakbym była o nich spokojna. martwię się, ale bardziej o to jak ich wyniki w szkole i czy nie mają problemów z rówieśnikami w szkole, jak ich pierwsze miłości... Lena jest inna. wiem, że mnie teraz potrzebuje od tak po prostu. żebym była. żebym przytuliła, ukochała. a mnie nie ma... ile jeszcze będę musiała wytrzymać?

sobota, 14 maja 2011

:(

dawno nie pisałam, ale nie jest dobrze. Lenka już osiągnęła 1050 g, była bez antybiotyku, a tu nagle okazało się że wczoraj spadła na wadze - 1035 g, miała drugą transfuzję krwi i ma znowu antybiotyk, bo złapała jakieś bakterie. jestem załamana. boję się o nią. a jak słyszę od lekarza, "na razie utrzymujemy ją przy życiu, zobaczymy co będzie dalej", to ciarki przechodzą mi przez całe ciało. tak bardzo ją kocham, tak za nią tęsknie...

niedziela, 8 maja 2011

pozytywnie

dziś 970 g. tak się cieszę. zaraz dobijemy do pierwszego kg. na razie stan się nie zmienia. oddycha sama, nie ma leków, trawi, rośnie, a ja odliczam dni. no i muszę zrobić jeszcze zakupy. kupić łóżeczko i drugi komplet pościeli i parę innych drobiazgów dla naszej Calineczki.

sobota, 7 maja 2011

:) i znowu do przodu

930 g. jeśli tak dalej pójdzie, zabierzemy ją do domu wcześniej niż myślałam. bardzo się ciesze. oddycha cały czas sama. postępy robi każdego dnia. trawi 8 z 10 ml pokarmu podawanego bezpośrednio do brzuszka. jest tak silna, że zadziwia wszystkich na oddziale. jestem taka szczęśliwa.
dziś leżała na brzuszku i ubrana była w różowe body. moja mała dziewczynka.

kolejne g do przodu

 wczoraj byłam dość długo u Lenki. nie mogłam się na nią napatrzeć, a była miła pielęgniarka, więc to wykorzystałam. Lenka przytyła 25g, wczoraj osiągnęła wagę 905 g, czyli wagę urodzeniową. jest cudna. taka silna i samodzielna. jesteśmy z niej bardzo dumni. kolejny dzień nie ma w nosku "przypominajki". robi postępy bardzo szybko. pani doktor też jest pod wrażeniem. jestem taka szczęśliwa, że to właśnie ja jestem jej mamą.

czwartek, 5 maja 2011

kolejny krok do przodu

wchodzę dziś na salę. dochodzę do mojej księżniczki, patrzę a ona bez rurki w nosie , która przypomina jej o oddychaniu. wyglądała jak dzidziuś. mały, cudowny, donoszony dzidziuś. jest śliczna. oczywiście nadal zapomina o oddychaniu niestety, ale pani doktor dała jej szanse. ma ją teraz wykorzystać dziewczyna. waży 880 g - jestem z niej dumna :) moja córa!!!

środa, 4 maja 2011

cudowny dzień


byłam dzisiaj u Lenki. wyglądała kwitnąco. miała na sobie śliczne ubranko w kwiatki i żółwiki. coraz bardziej przypomina małego dzidziusia. nabiera ciałka i siły. i to widać. kiedy weszłam spała sobie spokojnie i wyglądała jak aniołek. przywitałam się z nią, a później pani pielęgniarka zaaplikowała jej kroplówkę. rozbudziła się i zaczęła płakać. moja księżniczka płakała. prawdziwymi łzami zawodząc przy tym tak cudownie, że nie mogłam się nadziwić. w normalnych warunkach wzięłabym ją na rączki, przytuliła, ululała, ucałowała, a tu lipa. moje maleństwo podłączone do sterty rurek, leżące w plastikowym akwarium i ja-matka bezradna. ale ululałam ją. kołysałam na podusi i zasnęła. to było tak cudowne uczucie, była mi taka bliska, taka moja, a ja najszczęśliwsza na świecie. i dumna.
później pobiegłam do pani doktor Wilk, która prowadzi naszą córkę, żeby wypytać jak jej postępy i czy przyjmując leki na wątrobę mogę karmić Lenkę piersią. to co usłyszałam od lekarza przeszło moje wszelkie oczekiwania. najpierw powiedziała, żebym poczekała jeszcze z tydzień, aż Lenka dojdzie do wagi około 1 kg. wtedy będzie silniejsza, a ona nie widzi przeciwwskazań. odstawione ma już wszystkie antybiotyki, gdyż nie ma potrzeby już faszerować ją lekami skoro daje sobie radę sama. jakiś hormon w przysadce, który Lenka miała w dolnych granicach normy podskoczył o 10 do góry, a pani doktor swoją radość podkreśliła słowami "pani Agnieszko-jesteśmy w domu, wszystko jest na dobrej drodze". przybrała na wadze 20 g i waży teraz 820 g, co bardzo mnie ucieszyło. jest bardzo ruchliwa i żywotna, po prostu ona chce żyć. swoją wypowiedz o stanie zdrowia Lenki, pani doktor zakończyła mówiąc "idzie ku dobremu, jest naprawdę dobrze".
jestem dziś szczęśliwa. bardzo. modlę się za nią każdego dnia. mam nadzieję i wielką wiarę, że wszystko będzie dobrze.
księżniczko, czekam na Ciebie.

wtorek, 3 maja 2011

26.04.2011

jest z nami. urodziła się we wtorek 26.04.2011 roku o godzinie 14.15 przez cesarskie cięcie. ważyła 900g i mierzyła 36 cm. dostała 6 w skali Apgar. oddycha sama i potrafi ssać. nie umie jeszcze trawić, dlatego karmiona jest przez kroplówkę.
Calineczka. nasza mała księżniczka. dziś kończy tydzień. jej pierwszy tydzień życia. ja jestem już w domu, ale ona musiała zostać, żeby "dorosnąć".  jeżdżę do niej codziennie i siedzę przy niej. jest tak piękna i maleńka....
bardzo się boję.

środa, 20 kwietnia 2011

szpital

trafiłam tu wczoraj. z podwyższonym ciśnieniem. zrobiłam zamieszanie, Niedźwiad się zdenerwował, wystraszył, dzieci tak samo ponieważ było zagrożenie że Lena zostanie wyciągnięta. ale wszystko  skończyło się szczęśliwie. nadal tu jestem oczywiście, robią mi szereg różnych badań, ale na szczęście Lena jest cała i zdrowa i nie trzeba jej jeszcze ruszać. niech "dojrzewa" i rośnie. choć przyznam, ze chciałam ją już mieć na rękach i poczuć jej zapach :)
no i zrobili mi kolejne usg na którym wyszło, że Lena może być jednak Leonem, chyba że to pępowina, która tak dziwnie jej się ułożyła. zobaczymy. najwyżej Leon będzie biegał w różowych kapciach ;)
a!!! no i chyba w piątek wychodzę.

niedziela, 17 kwietnia 2011

wszystko wygląda inaczej, kiedy jesteś.
łatwiej.
uśmiecham się, chce mi się żyć, a rozbity samochód nie stanowi już problemu. jest tylko rzeczą do naprawienia.
kocham Cię.
kocham twój zapach.
kocham twój smak.
twoją obecność.
twój uśmiech i złość.
twoje pomysły, zapał, plany.
oryginalność i tradycjonalizm...
taki jesteś mój. tylko mój, a ja twoja. na zawsze. nawet jeśli to zawsze będzie trwało tylko chwilę. ja będę przy tobie zawsze.

piątek, 15 kwietnia 2011

zasnęłam

za kierownicą. nie wiem jak do tego doszło. nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. dziś rano zasnęłam i wjechałam w drzewo. nikomu nic się nie stało. jestem załamana. samochód rozwalony.

czwartek, 14 kwietnia 2011

kryzys

znowu sama. Niedźwiad w Wiśle. jest mi coraz ciężej. coraz trudniej. przepłakałam już trzy dni. nie widzę na oczy. mam opuchnięte i wyglądam strasznie. coraz bardziej widać po mnie zmęczenie. boję się, że zbliża się koniec. że umieram. jestem przerażona. tak bardzo chciałabym zobaczyć jeszcze Lenkę...

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

refleksyjnie

nowy tydzień. rozpoczął się brzydką pogodą, ale chyba nie złym samopoczuciem. co prawda w środę zostaje sama, bo Niedźwiad wyjeżdża do Wisły i wraca dopiero w piątek, ale teraz się nim cieszę i planuję wspólny weekend. mam nadzieję, że nic nam nie stanie na przeszkodzie i spędzimy go razem.
miniony weekend go nie było, za to zostawił mnie z moją mamą. przeżyłyśmy, choć nie było łatwo. prawie trzy dni razem, to na prawdę rekord. nie umiem z nią rozmawiać, nie umiem nawet na nią patrzeć. dzieli nas potężny mur. potężny i solidny, nic i nikt go nie zburzy. nigdy nie miałyśmy ze sobą dobrego kontaktu, a teraz nie ma w ogóle o czym wspominać. jest tak dziwna, tak inna niż ja, tak zakłamana i fałszywa. widzi tylko siebie i Martusie. cieszę się, że podjęłam tak szybko decyzję o samodzielności. życie z nią na pewno by mnie zmieniło. dziś byłabym zupełnie innym człowiekiem, na jej wzór, byłabym pewnie samotna i zgorzkniała. jak Martusia.
tydzień rozpoczęłam więc refleksyjnie. zastanawiam się nad swoim życiem, nad przemijaniem, nad byciem i istnieniem. jestem z siebie dumna, że żyję, że tak żyję, że jestem w takim punkcie bycia, chociaż nie jest miodowo. myślę też, że należałoby zrobić jakiś milowy krok do przodu, żeby móc coś osiągnąć nowego. coś zmienić w swoim życiu. bo chyba teraz właśnie tego potrzebuję.

niedziela, 10 kwietnia 2011

moje szczęście oczywiście pracuje. co prawda daleko nie wyjechał, bo jest w Łodzi i wieczorem wraca do domu, ale to zawsze rozłąka. wrócił wczoraj w miarę szybko, bo koło 20:00, zjadł barszczyk czerwony i zapiekankę i padł jak "kawka". ale wieczorem stanął na nogi. po ciepłej kąpieli, spędziliśmy ze sobą cudowną noc. :)
dziś od rana znowu do Łodzi. szkoda. bardzo lubię wspólne niedzielne śniadania. jajecznica z pomidorami, grzanki, ciepła kawa... może uda nam się spędzić razem kolejny weekend.

a już niedługo święta Wielkiej Nocy. koniecznie razem. ze świątecznym śniadaniem i słońcem.
na prawdę jestem szczęśliwa.

piątek, 8 kwietnia 2011

początek 27 tygodnia

nie mogę żyć z nim, ale bez niego tym bardziej. trudno mi jest z samą sobą.
nie rozmawiałam z Niedźwiadem. nie potrafię.
mija dzień za dniem. raz jest lepiej raz gorzej. rozpoczął się 27 tydzień ciąży i sama jestem w szoku, że dotrwałam aż tak długo. nie mam zamiaru urodzić Lenki nie kompletnej. dlatego niech tam siedzi. wczoraj byliśmy na kolejnych badaniach. trwały ponad godzinę. jakieś testy, mnóstwo krwi, przebadali mnie z każdej możliwej strony. w poniedziałek odbiór wyników. nie ukrywam, że oczywiście mam stracha, a zdaniem Niedźwiada jak zawsze panikuję.
jeśli chodzi o ciążę, to mam nadzieję, że dotrwam chociaż do 30 tygodnia. jestem bardzo zmęczona. ciężko mi się śpi, chodzi, siedzi, oddycha... oprócz Leny w moim brzuchu jest jeszcze powiększona bardzo śledziona i marska wątroba. czuję się więc chwilami jak stuletnia babcia. sapię, dyszę, pojękuję... :D dam radę. zawsze daję.


czekam na maleństwo z coraz mniejsza cierpliwością. chciałabym ją już przytulić i pocałować.

sobota, 2 kwietnia 2011

straszny mętlik w głowie. po pierwsze znowu sama. Niedźwiad w Warszawie na jakimś sympozjum medycznym. oczywiście on jest tam jako "organizator" a nie lekarz. kontaktuje się ze mną, dzwoni, pisze sms-y, ale wiadomo, że to nie zastąpi jego obecności. dzisiaj w nocy wraca, jutro będzie odsypiał, a w poniedziałek znowu do pracy. i żadnej pomocy w domu, choćby nie wiem jak chciał. przykro mi, bo już niedługo Lenka będzie na świecie i powinno być wszystko gotowe na jej powitanie. no i właśnie. byłam w tygodniu u lekarza i dostałam leki na powstrzymanie akcji porodowej, bo Lenka pcha się bardzo na świat. tak więc każdy dzień jest niespodzianką, co przyniesie. a ja sama. myję okna, szoruję podłogi, zmywam, bo ktoś to musi zrobić. dzieci bardzo mi pomagają, ale są rzeczy, których nie dadzą rady zrobić.
no i kolejna rzecz dotycząca pracy. muszę zamknąć firmę. i to wiem. tak mi podpowiada rozum. osoby, które mnie teraz zastępują zupełnie sobie nie radzą z firmą. poza tym mają problem z alkoholem. nie wiem jak z nimi rozmawiać, jak im podziękować i to uzasadnić. nie lubię takich sytuacji.
no i czeka mnie rozmowa z Niedźwiadem.piszę o tym na końcu, ale jest to priorytetowa sprawa i najtrudniejsza. musimy się rozstać. tak będzie lepiej.

czwartek, 31 marca 2011

najwyższa pora podjąć tą decyzję. wczoraj wieczorem długo o tym myślałam. na wszystkie możliwe sposoby. wszystkie za i przeciw. kocham go i wiem, że on kocha mnie, ale nie może tak być, żebyśmy się ograniczali (a zwłaszcza ja Niedźwiada) tylko dlatego, że zagościła i zamieszkała z nami marskość wątroby. on ma pełne prawo żyć, realizować się i być szczęśliwym.
ma plany zawodowe związane z kawą i Tomem (naszym znajomym). wiecznie w rozjazdach, nie ma czasu dla domu już zupełnie i systematycznie co jakiś czas dokłada sobie obowiązków informując mnie o nich powoli. wyszło na to, że palarnia kawy będzie teraz w kawiarni, Niedźwiad będzie wypalał od poniedziałku do środy, a od czwartku do niedzieli będzie na wyjazdach kawowych.
on to kocha. bardziej niż mnie. i nie mam pretensji, taki jest, ale ja tak nie umiem, ja tak nie chcę.
przemyślałam to i może nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale innego nie widzę. mam twardą dupę. poradziłam sobie już nie raz w trudnych i bardzo trudnych sytuacjach. to nie tragedia. jest na świecie wiele kobiet samotnie wychowujących dzieci, ja też mogę sobie poradzić. pewnie Niedźwiad będzie nas od czasu do czasu odwiedzał (jeśli ten czas znajdzie) nie chcę odbierać mu dzieci. ale nie chcę też być dla nikogo ciężarem, ani kulą u nogi. trzecie dziecko to też mój pomysł i czuję, że nie jest mu bliski.



chciałabym żeby ktoś się mną zajął. chciałabym, żeby się zaopiekował, żeby był dla mnie. nie wiem jak długo jeszcze będę.
chciałabym poczuć się wyjątkowo...

środa, 30 marca 2011

jestem po wizycie u prof.Kuydowicza. przebiegła szybko i sprawnie. jak na razie wszystko jest w porządku. moja wątroba wszystkich zaskakuje, lekarzy zwłaszcza. trochę się uspokoiłam.ale tak na prawdę spokojna będę jak urodzę. na razie czekam. pani dr.Raczkowska, która opiekuje się moją ciążą, za miesiąc chce położyć mnie w szpitalu. to będzie już ósmy miesiąc. coraz bliżej do spotkania z Lenką.

wtorek, 29 marca 2011

kryzys

wczoraj wieczorem pojawił się kolejny kryzys. coraz częściej się to zdarza.
rozpoczął się siódmy miesiąc, 25 tydzień ciąży. Lena waży już 600 g. ma już wszystko, jest w pełni rozwinięta i gotowa to życia. teraz przybiera tylko na wadze. teoretycznie mogłaby być już na świecie. powoli nadchodzi więc rozwiązanie. jestem szczęśliwa i przerażona zarazem. no i właśnie wczoraj był ten kryzysowy wieczór. ból, prawie nie do wytrzymania. jak skurcze. nie systematyczne, ciągłe, ale tak jakby Lenka szykowała się do wyjścia. a Niedźwiad pił whisky ze znajomym, a do Łodzi mamy 30 km. już zastanawiałam się, jak dojadę do szpitala i bałam, że moja wątroba tego nie wytrzyma, ale na szczęście po godzinie wszystko się uspokoiło.


boję się. coraz bardziej.

                                           buzia Lenki
                                           dowód na to, że to dziewczynka ;)

poniedziałek, 28 marca 2011

urodzinowo





wczoraj, 27 marca, nasza pierworodna skończyła 11 lat. spędziliśmy ten dzień bardzo rodzinnie, był tort, muffinki, prezenty i pyszny obiad z kaczką w roli głównej, którą "zamówiła" sobie główna zainteresowana :) było pysznie. mam naprawdę cudowną córką. póki co mamy z nią bardzo dobry kontakt i życzyłyśmy sobie na wzajem, żeby tak pozostało. to bardzo mądra dziewczynka. ambitna i rozsądna. bardzo martwi się o mnie, o moje zdrowie, o Lenkę. pilnuje, żebym nie zapomniała o lekach, żebym się oszczędzała, nie przemęczała, dużo leżała i odpoczywała. do tego radzi sobie świetnie w szkole, a od września rusza z dodatkową szkołą muzyczną. będzie pianino obowiązkowe i dodatkowe skrzypce, ponieważ ma podobno bardzo dobry słuch i warto w nią inwestować.

dla takich chwil warto żyć. warto posiadać rodzinę, nawet jeśli czasem jest naprawdę ciężko.

sobota, 26 marca 2011

dziś wraca mój ukochany. odliczam już godziny. nie mogę się doczekać. chciałabym czasami być taką kieszonkową wersją, którą mógłby zabierać ze sobą wszędzie.
boję się, że zostało nam niewiele czasu.


a to zdjęcie, które dostałam od Niedźwiada z wyjazdu.

piątek, 25 marca 2011

przedwiosenne porządki

kolejny ciężki dzień. dzień spędzony bez Niedźwiada.
za oknem wiosna, a właściwie przedwiośnie. umyłam okno (jedno, bo na więcej nie wystarczyło mi sił) wyprałam rolety i wysprzątałam pokój w którym leżę od grudnia. wpadło światło i powietrze. jakoś tak milej się zrobiło ;)
a w niedzielę 11 urodziny mojej Tysi. i obiecane babeczki marchewkowe i tort i pyszny obiad. mam nadzieję, że będzie zadowolona. ale ja stara jestem...

środa, 23 marca 2011

Wisła i pożegnanie Małysza

to jakiś dowcip. znowu Niedźwiad wyjechał. do Wisły, na pożegnanie Małysza. boli mnie bardzo głowa, mam potworne skurcze stóp, ale rozumiem, że tak to musi wyglądać. żal mi tylko, że Niedźwiad  nie może być blisko nas.
a to będą babeczki dla Matyldy na jej 11 urodziny. Marcin obiecał jej być.

4 średnie marchewki (2 szklanki startej)
1 i 1/2 szklanki mąki
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
3/4 łyżeczki soli
przyprawy w proszku: 1 łyżeczka cynamonu, 1/2 łyżeczki imbiru, 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
3/4 szklanki oleju roślinnego
3 duże jaja lub 4 mniejsze
1 szklanka brązowego cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Lukier:
1 i 1/4 szklanki cukru pudru
3 łyżeczki drobno startej skórki z pomarańczy
2 - 4 łyżki wyciśniętego soku z pomarańczy

potrzebna też będzie: blaszka do muffinów z wgłębieniami wyłożona 12 papilotkami lub jednorazowy zestaw papierowych foremek do pieczenia muffinów (2 x po 6 papilotek)

Przygotowanie:
  • Piekarnik nagrzać do 180 stopni, kratkę metalową umieścić w jego środkowej części. Marchew obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach, odmierzyć 2 szklanki. Do miski przesiać mąkę razem z proszkiem do pieczenia, sodą, solą oraz z przyprawami.
  • W drugiej, większej misce wymieszać (rózgą lub mikserem na wolnych obrotach): olej, jajka, cukier, tartą marchewkę, ekstrakt z wanilii. Następnie wymieszać za pomocą łyżki z mieszaną z mąki.
  • Masę wyłożyć do papilotek umieszczonych w formie lub w jednorazowych papilotkach, ustawić na kratce w piekarniku i piec przez 25 minut (aż patyczek włożony w środek ciastka będzie czysty).
  • W międzyczasie przygotować lukier: wymieszać cukier puder ze skórką i 2 łyżkami soku z pomarańczy. W razie potrzeby dolać więcej soku aby uzyskać odpowiednio gęstą konsystencję lukru.
  • Ciasteczka wyjąć z piekarnika, a po 10 minutach wyłożyć (wciąż w papilotkach) na kratkę do całkowitego ostudzenia. Jak trochę przestygną wierzch ciasteczek maczać w lukrze i dekorować rurkami z marchewki (sposób przygotowania - poniżej). Podawać jak lukier nieco zastygnie. Więcej czytaj w BLOGU.
Przepis na muffiny marchewkowe

Dekoracja - marchewkowe rurki, około 15 sztuk:
1 duża i gruba marchewka
1 szklanka wody
1 szlanka cukru

potrzebne też będą: obieraczka do warzyw (ziemniaków) i papier do pieczenia

Przygotowanie:
Marchewkę umyć i oskrobać. Obierać cienkie i długie warstwy marchewki obieraczką do warzyw. Wybrać około 15 najładniejszych i najszerszych pasków.
Zagotować wodę z cukrem, mieszając aż cukier się rozpuści. Dodać paski marchewki i gotować na wolnym ogniu bez przykrycia przez 15 minut. Przelać przez sitko i pozostawić na nim marchewki na 15 minut.
Piekarnik nagrzać do 105 stopni. Paski marchewki ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Piec przez około 30 minut aż będą suche, ale jeszcze możliwe do formowania. Nie wyłączać piekarnika.
Nawijać paski marchewki na koniec drewnianej łyżki formując je w spiralki. Zdejmować z łyżki i układać z powrotem na blaszce łączeniem do spodu. Piec przez 30 do 45 minut, wyjąć z piekarnika i pozostawić na blaszce do całkowitego ostudzenia.

niedziela, 20 marca 2011

pcha się na świat

zaraz wróci Niedźwiad. nareszcie. nie lubię rozłąki z nim. zwłaszcza teraz, kiedy nie jest ze mną dobrze. cała noc bolało mnie wszystko. myślałam, że gotowa jestem do zrzutu i bardzo mnie to przerażało. to dopiero 24 tydzień ciąży więc trochę za wcześnie, żeby rodzić. bałam się potwornie i o dziecko i o siebie. nie wiem skąd ten ból. próbowałam to sobie w głowie poukładać, co by było gdyby. na górze śpią dzieci i nie wiem jak i z kim bym ich zostawiła. chyba zabrałabym ich ze sobą na porodówkę. na szczęście wszystko się po kilku godzinach uspokoiło.




czwartek, 17 marca 2011

czuję, że żyje!!!

kopniak za kopniakiem. dzidzia nie daj mi odpocząć. jest bardzo ruchliwa, ma już prawie 30 cm więc rozumiem, że ma coraz mniej miejsca i się rozpycha. poza tym coraz więcej umie i te umiejętności wykorzystuje :) dziś o 6:00 rano "zapukała" do mnie - "już się obudziłam" i nie było wyjścia, musiałam wstać, bo myślałam, że pęcherz po którym skakała, mi pęknie. jeśli po porodzie będzie taka sama to chyba ją pogonię!!! albo nie ;)

wtorek, 15 marca 2011

kolejny wyjazd

nadchodzi kolejny czwartek i mój Niedźwiad wyjeżdża znowu, tym razem do Wrocławia. nie lubię kiedy go nie ma. zwłaszcza teraz, kiedy jestem w ciąży i trochę się obawiam, bo ciąża nie jest bezpieczna. mamy ze sobą kontakt telefoniczny, wiem, że jak coś to sobie poradzę, ale czuję się nieswojo sama. już nie mogę się doczekać Lenki na świecie ;)
a wczoraj byłam na badaniach. dziś są wyniki. mam nadzieję, że będą dobre. martwię się o samą siebie, o dzidziusia i resztę rodziny, że ich zostawię i że nie dadzą sobie rady. mam jednak jakąś wewnętrzną siłę w sobie. nie mogę umrzeć. powoli zaczyna się układać. wychodzimy na prostą. są plany i nowe perspektywy. muszę żyć. mam dla kogo!!!

sobota, 12 marca 2011

trochę wiosny...

dziś wyszło słoneczko. wstałam więc z łóżka, bo przypomnę, że jestem w nim od listopada. masakra jakaś, ale nie mam wyjścia jeśli chcę żyć. słońce trochę poprawiło mi humor, ale tylko trochę. zdjęłam więc chochoła z magnolii, żeby dostarczyć jej trochę ciepłego powietrza a tu co widzę? pąki!!! nowe życie, cudowne wrażenie. poza tym w ogrodzie mnóstwo pracy, muszę to jakoś rozłożyć w czasie żeby się nie przemęczyć. szczerze mówiąc nie mogę się doczekać. lubię bardzo prace ogródkowe. brakowało mi tego zimą.  

piątek, 11 marca 2011

poznania ciąg dalszy

płaczę. boję się i płaczę na zmianę.płaczę chyba z przerażenia, ze strachu. boję się, że umrę, że nie zobaczę nawet maleńkiej kruszynki, którą teraz noszę pod sercem, że nie zobaczę więcej dzieci i mojego niedźwiada.
boję się, że nie dadzą sobie beze mnie rady. że niedźwiad zwiąże się z kimś naprawdę nie odpowiednim, złym. że nie będę mogła mu pomóc.
mam do siebie ogromny żal. bardzo skrzywdzę niedźwiada, jeśli umrę. nie zasłużył sobie na to.
chcę dla nich szczęścia. widziałam w szpitalu jego łzy. widziałam jego bezradność i przerażenie. tak bardzo go kocham, że myślałam wtedy, że serce mi pęknie. jest dla mnie wszystkim. jest powietrzem, jest sensem życia. bez niego nie umiem.
nigdy się nie rozstawaliśmy. takie wyjazdy na trzy dni jak ten do poznania, zdarzają się nam bardzo rzadko i są dla nas obojga bardzo męczące. kłócimy się, krzyczymy na siebie, później rozmawiamy, przytulamy, wszystko zawsze razem. nie umiemy inaczej. nie może być inaczej.

poznań

dziś pierwszy dzień bez Niedźwiada. wyjechał wczoraj do Poznania. smutno w domu. nie lubię kiedy wyjeżdza. teraz, kiedy zostało mi niewiele czasu chciałabym spędzać z nim każdą chwilę. nawet najmniejszą. jest moim motylem. jednym z wielu.
wraca w sobotnią noc.na pewno będę  czuwała. może upiekę coś smacznego... gdyby nie mój stan, pewnie mogłabym również pojechać. niestety od listopada leżę w łóżku. wstaję tylko wtedy, kiedy muszę. jadę wtedy na badania, spotykam się ze znajomymi i wtedy jest cudownie. wracam niestety do domu, do łóżeczka i jestem potwornie zmęczona. zbiera mi się woda w organizmie od chodzenia, kręci mi się w głowie, jestem totalnie osłabiona, mam skoki ciśnienia i temperatury i wyglądam jakbym miała dziewięćdziesiąt lat. tracę całkowicie kontrolę nad swoim ciałem i to jest straszne. mózg wysyła jakiś sygnał, a ciało nie reaguje.
czasem bardzo się boję.
 boję się śmierci, bólu i tego że nigdy już nie zobaczę moich motyli.

czwartek, 10 marca 2011

początek

zaczynam pisać. 
mam nadzieję, że to będzie długi i ciekawy blog.
nie wiem zupełnie od czego zacząć. tak wiele wydarzyło się w moim życiu w tak krótkim czasie, że mam mętlik i totalny chaos w głowie. 
po pierwsze jestem mamą. mamą wspaniałej jedenastoletniej Matyldy i ośmioletniego Tymona. od trzynastu lat jestem w związku ze wspaniałym mężczyzną, Marcinem i do tego spodziewamy się trzeciego dzidziusia. podobno będzie dziewczynka, więc dostanie na imię Lena, a jeśli zrobi nam psikusa i urodzi się z siusiakiem, to dostanie na imię Leon. czekamy. jestem już w szóstym miesiącu, a ponieważ mam marskość wątroby to ta ciąża będzie na pewno krótsza ukończona cesarskim cięciem. mieszkamy na wsi. jest z nami pies Whisky i kot Garfield. za niecałe pięć lat umrę, ale jestem szczęśliwa. naprawdę.